Kiedyś przeczytałam, że "drzewa są przeciwieństwem ludzi: w miarę jak rosną, szukają nieba". To zdanie bardzo mi się spodobało, choć nie oznacza wcale, że się z nim zgadzam. Ludzie to po prostu drzewa zasadzone w różnych miejscach. Czasem w dobrych, a czasem nie. To drzewa, które wiele przeszły, wśród których rosły inne, albo nie rosło nic. Często pielęgnowane, ale bardzo często również pozostawione same sobie. W ich codziennych zmaganiach przegrywają z wiatrem i wygrywają z suszą. I w ogóle na dłuższą metę, zdaje mi się, że mamy bardzo dużo wspólnego. Z tą jedną różnicą, że żadne drzewo nie opisze swojego życia słowami.
Gdybym ja była drzewem, myślę, że mogłabym powiedzieć, że zasadzono mnie w dobrym miejscu. Co więcej, że zasadził mnie kochający rośliny ogrodnik. A jednak skłamałabym, gdybym powiedziała, że nigdy nie doświadczyłam suszy, lub że inne drzewa zawsze pozwalały mi wzrastać.
A czy szukałam nieba?
Z pewnością nie jestem drzewem, które zasługuje na miano Pomnika przyrody, czy innej odznaki, jaką ludzie wymyślili oddając hołd roślinom. To doprawdy fascynujące, że potrafimy doceniać przyrodę, a tak często zapominamy o sobie nawzajem. Do czego dążę, to, że brakuje mi jeszcze kilku słoi w przekroju, a może mówiąc prościej, językiem zrozumiałym dla przeciętnego zjadacza chleba, jestem po prostu młoda. Choć może niektórzy powiedzą, że tak mi się tylko zdaje.
W ciągu tych dwudziestu kilku lat nie brakło wokół mnie ludzi, którzy o mnie dbali, ani takich, którzy robią to po dziś dzień. Ale pojawili się też Ci, przez których mimo wzrostu, do nieba było mi raczej daleko, a im dalej, tym mniej tę zależność dostrzegałam.
A teraz, gdy mam wrażenie, znajduję się w otoczeniu najlepszych drzew, może nie stoję u progu bram, ale niebo widzę już bardzo blisko. Łatwo zatem wywnioskować, że wzrost ku niebu uzależniony jest w pewnym sensie od atrybucji zewnętrznych, choć może łatwiej przyznać, że to główna zmienna.
Z pewnością nie jestem drzewem, które zasługuje na miano Pomnika przyrody, czy innej odznaki, jaką ludzie wymyślili oddając hołd roślinom. To doprawdy fascynujące, że potrafimy doceniać przyrodę, a tak często zapominamy o sobie nawzajem. Do czego dążę, to, że brakuje mi jeszcze kilku słoi w przekroju, a może mówiąc prościej, językiem zrozumiałym dla przeciętnego zjadacza chleba, jestem po prostu młoda. Choć może niektórzy powiedzą, że tak mi się tylko zdaje.
W ciągu tych dwudziestu kilku lat nie brakło wokół mnie ludzi, którzy o mnie dbali, ani takich, którzy robią to po dziś dzień. Ale pojawili się też Ci, przez których mimo wzrostu, do nieba było mi raczej daleko, a im dalej, tym mniej tę zależność dostrzegałam.
A teraz, gdy mam wrażenie, znajduję się w otoczeniu najlepszych drzew, może nie stoję u progu bram, ale niebo widzę już bardzo blisko. Łatwo zatem wywnioskować, że wzrost ku niebu uzależniony jest w pewnym sensie od atrybucji zewnętrznych, choć może łatwiej przyznać, że to główna zmienna.
To pytanie rozpoczynające długą i burzliwą dyskusję na temat mojej relacji z Bogiem. Szukałam. Nadal szukam. Na potrzeby tej krótkiej notatki przyjmijmy, że niebo nie jest w swej złożoności bytem z kategorii sacrum. Niech będzie to po prostu dobre miejsce, a może raczej dobry stan. W tej mojej ziemskiej wędrówce nie zmierzam przecież do konkretnego celu. Bynajmniej nie w znaczeniu dosłownym.
Niemniej, śmiało mogę stwierdzić, że pewną, sporą część życia mam już przecież za sobą. Bo nawet, gdyby przyjąć, że dożyję spokojnej starości i zobaczę się w lustrze w wieku stu lat, o czym przy obecnej sytuacji na świecie nie marzę nawet przy odrobinie szczęścia i dobrym prowadzeniu, łatwo obliczyć, że blisko ćwierć życia przeleciała mi przez palce.
A skoro tak, cieszę się, że wokół mnie rośnie tyle okazałych drzew, dzięki którym znajduję niebo każdego dnia.











