piątek, lutego 21, 2020

Jakim byłabym drzewem?

Jakim byłabym drzewem?
Kiedyś przeczytałam, że "drzewa są przeciwieństwem ludzi: w miarę jak rosną, szukają nieba". To zdanie bardzo mi się spodobało, choć nie oznacza wcale, że się z nim zgadzam. Ludzie to po prostu drzewa zasadzone w różnych miejscach. Czasem w dobrych, a czasem nie. To drzewa, które wiele przeszły, wśród których rosły inne, albo nie rosło nic. Często pielęgnowane, ale bardzo często również pozostawione same sobie. W ich codziennych zmaganiach przegrywają z wiatrem i wygrywają z suszą. I w ogóle na dłuższą metę, zdaje mi się, że mamy bardzo dużo wspólnego. Z tą jedną różnicą, że żadne drzewo nie opisze swojego życia słowami.


Gdybym ja była drzewem, myślę, że mogłabym powiedzieć, że zasadzono mnie w dobrym miejscu. Co więcej, że zasadził mnie kochający rośliny ogrodnik. A jednak skłamałabym, gdybym powiedziała, że nigdy nie doświadczyłam suszy, lub że inne drzewa zawsze pozwalały mi wzrastać. 

A czy szukałam nieba? 


Z pewnością nie jestem drzewem, które zasługuje na miano Pomnika przyrody, czy innej odznaki, jaką ludzie wymyślili oddając hołd roślinom. To doprawdy fascynujące, że potrafimy doceniać przyrodę, a tak często zapominamy o sobie nawzajem. Do czego dążę, to, że brakuje mi jeszcze kilku słoi w przekroju, a może mówiąc prościej, językiem zrozumiałym dla przeciętnego zjadacza chleba, jestem po prostu młoda. Choć może niektórzy powiedzą, że tak mi się tylko zdaje. 

W ciągu tych dwudziestu kilku lat nie brakło wokół mnie ludzi, którzy o mnie dbali, ani takich, którzy robią to po dziś dzień. Ale pojawili się też Ci, przez których mimo wzrostu, do nieba było mi raczej daleko, a im dalej, tym mniej tę zależność dostrzegałam. 


A teraz, gdy mam wrażenie, znajduję się w otoczeniu najlepszych drzew, może nie stoję u progu bram, ale niebo widzę już bardzo blisko. Łatwo zatem wywnioskować, że wzrost ku niebu uzależniony jest w pewnym sensie od atrybucji zewnętrznych, choć może łatwiej przyznać, że to główna zmienna. 

To pytanie rozpoczynające długą i burzliwą dyskusję na temat mojej relacji z Bogiem. Szukałam. Nadal szukam. Na potrzeby tej krótkiej notatki przyjmijmy, że niebo nie jest w swej złożoności bytem z kategorii sacrum. Niech będzie to po prostu dobre miejsce, a może raczej dobry stan. W tej mojej ziemskiej wędrówce nie zmierzam przecież do konkretnego celu. Bynajmniej nie w znaczeniu dosłownym. 

Niemniej, śmiało mogę stwierdzić, że pewną, sporą część życia mam już przecież za sobą. Bo nawet, gdyby przyjąć, że dożyję spokojnej starości i zobaczę się w lustrze w wieku stu lat, o czym przy obecnej sytuacji na świecie nie marzę nawet przy odrobinie szczęścia i dobrym prowadzeniu, łatwo obliczyć, że blisko ćwierć życia przeleciała mi przez palce. 

A skoro tak, cieszę się, że wokół mnie rośnie tyle okazałych drzew, dzięki którym znajduję niebo każdego dnia.

środa, stycznia 15, 2020

Co pięknego przyniósł mi 2019 rok?

Co pięknego przyniósł mi 2019 rok?
Doskonale pamiętam moją ucieczkę przed fajerwerkami w tę ciepłą, styczniową już noc dokładnie rok i dwa tygodnie temu. Całkiem zgubiłam poczucie czasu i długo wahałam się, czy jest jeszcze sens podsumowywać miniony rok, skoro ten nowy trwa już w najlepsze. Ludzie mają w sobie jednak coś, co nie pozwala im rozpocząć czegoś nowego, bez zakończenia tej poprzedniej rzeczy i tak też jest ze mną. Pamiętam z resztą jakby ta ucieczka była wczoraj, a musicie wiedzieć, że boję się fajerwerków niesłychanie i zapewne wyglądałam wtedy, ten rok i dwa tygodnie temu, jak mały trzęsący się chiuaua, ale rzeczywiście z wiekiem lata lecą o wiele szybciej, a rok o którym właśnie mowa przeleciał przez moje życie niemal z prędkością światła. Im jestem starsza, tym na świat patrzę z nieco innej perspektywy i więcej dostrzegam, a może więcej tylko pomijam, bo punkt widzenia zależy, wiadomo, od tego gdzie się siedzi. Tymczasem ja, gdy zaczynam pisać to krótkie podsumowanie, siedzę w łóżku pod kołdrą, bo do tej pory jeszcze (a przynajmniej do czasu gdy faktycznie rozpoczynam pisanie) nie dorobiłam się koca. A tak byłoby jak wiadomo dużo bardziej przyjemnie. 

A co przyjemnego zgotował mi 2019 rok?

Końcówkę mroźnych miesięcy spędziłam zdobywając Szrenicę, a po wszystkim czekała na mnie przepyszna zupa czosnkowa za czeską granicą. A ja bardzo lubię jeść, więc jest to bardzo ważny element tej układanki. W dodatku lubię też czosnek, choć przyjęło się raczej, że nie jest to rzecz, jaką ludzie lubią się chwalić. Możecie więc zapomnieć, że Wam o tym napisałam. 

Rok 2019 to nawet całkiem udany wyjazdowo rok, bo z początkiem lata pojechaliśmy nad morze. I to nie byle jakie, bo polskie. I właśnie w tym roku zdałam sobie sprawę jak bardzo je kocham i jak tęsknię za wakacjami, gdy jeszcze rodzice kazali wychodzić z wody żeby nie skończyć jak pomarszczona rodzynka po tych godzinach spędzonych na łapaniu fal. Do tej pory udało mi się odwiedzić kilka plaż w różnych krajach świata i żadna z nich nie dorównywała tej, na której po raz pierwszy spaliłam w tym roku ramiona. To był piękny czas.


I w końcu też zrobiłam, a może będzie lepiej gdy powiem, że poprawiłam brwi. Muszę przyznać, że to jedna z lepszych decyzji w moim życiu.

A niedługo potem skończyłam studia. Chyba można to zaliczyć do jednego z większych wydarzeń tego roku. Ale przy okazji końców zawsze są jakieś początki, a tu nie mogę nie wspomnieć o początku wspaniałych znajomości...


No dobra, nie znamy się od roku. Ale dla naszej czwórki ten rok to rok całkiem wyjątkowy. Bo poza tym, że razem skończyłyśmy, to razem również zaczęłyśmy kolejny etap edukacji, a tym samym kolejnych naście miesięcy wspólnie spędzanych na zajęciach, plotkach i kawie. I super, że to trwa. 

Lecz zanim po raz kolejny stanęłyśmy w uczelnianych murach odwiedziłam inny kontynent i to było naprawdę >>wow<<. W życiu nie spodziewałabym się, że w ciągu kilku dni zobaczę tyle pięknych, ale zarazem różnych, innych, czasem dziwnych, a czasem odrażających miejsc, jakie udało mi się zobaczyć w Marakeszu. Afryka była piękna i dzika zarazem.


W międzyczasie miałam okazję wysłuchać kilku niesamowitych koncertów, a jednym z nich był Dawid Podsiadło x Taco Hemingway na PGE Narodowym. W tym roku na kartach mojej muzycznej historii zapisał się także Kękę, TEDE, Łydka Grubasa, Krzysztof Zalewski, Tulia i przewspaniała Beata Kozidrak.

I byłyśmy z siostrą na wspólnej sesji zdjęciowej.

A póżniej wróciłam do Poznania i tej, przeprowadziłam się. Wpisuję to na listę życiowych dokonań. I jak już wspominałam rozpoczęłam drugi stopień studiów. Pewnie nim się obejrzę zostanę panią magister, a może do tego czasu świat przekona mnie do używania formy magistra. Jedno jest pewne, robi się coraz poważniej.

I żeby już na pewno móc stwierdzić, że jestem dorosła, albo przynajmniej doroślejsza niż do tej pory, należy w tym miejscu wspomnieć o najpiękniejszym dniu mojego życia. Nie będzie to zaskoczeniem, gdy powiem, że dzień ten był jednym z najbardziej wyczekiwanych. Bo jeśli ktoś jeszcze nie wie, co jest chyba mimo wszystko niemożliwe, ale gdyby jednak, to musicie wiedzieć, że BĘDĘ ŻONĄ! Zaręczyliśmy się. Tym samym spełniłam kolejne marzenie i nowy rok rozpoczynam już jako narzeczona. Muszę przyznać, że to najlepsze uczucie, z jakim było mi dane się spotkać do tej pory.


Właściwie więc mogę powiedzieć, że bardzo dobrze wspominam ten miniony już rok, oraz że przyniósł on wiele pięknych chwil. Zatem życzę ich i sobie, i wam jeszcze więcej. Bądźmy szczęśliwi w Nowym Roku!

środa, listopada 20, 2019

SZCZĘŚLIWOSTKI - JESIEŃ 2019

SZCZĘŚLIWOSTKI - JESIEŃ 2019
O wow, nie było mnie chwilę. Czy działo się dużo? Myślę, że można tak powiedzieć. W końcu minął już ponad rok od poprzedniego razu, kiedyśmy się tu widzieli. Głupio byłoby więc zaczynać jakimś poważnym tematem, a postanowiłam, że może powrót do pisania ot tak, dla siebie i swojego samorozwoju dobrze mi zrobi. Z resztą to mój blog i mogę sobie decydować o czym mam akurat ochotę powiedzieć. Dlatego dziś opowiem o szczęśliwostkach. Jeśli jednak nie wiecie co to szczęśliwostki, spieszę z odpowiedzią.


fot. Joanna Klimowicz (@joannaklimowiczfotografia)

Szczęśliwostki to takie cosie, które wywołują uśmiech na twarzy w zimny wrześniowy (albo listopadowy też, zależy, ile komu zajmuje napisanie jednego tekstu) poranek, kiedy bardzo nie chce wam się wyjść z łóżka, ale nie musicie, bo akurat tego dnia macie wolny od pracy dzień. To też takie cosie jak na przykład spotkanie po latach z koleżanką, albo całym tabunem koleżanek, gdy myślicie, że będzie raczej średnio, a okazuje się, że super spędziłyście czas. Albo nowy rozświetlacz czy krem do twarzy, bo może być to też przedmiot. I dziś właśnie opowiem Wam o tym, co uszczęśliwiało mnie w czasie tej jesieni. 

Pierwszą rzeczą, którą okrzyknęłabym mianem ulubieńca była herbata z cytryną i miodem, którą ubóstwiam i uważam za najpyszniejszy napój świata i to w dodatku na ciepło, czyli tak, że rozgrzewa serduszko. Wspaniałe. Moja ulubiona to earl grey z bergamotką i ją też namiętnie nadużywam w ciągu ostatnich miesięcy. I niezmiernie się cieszę, że nadszedł w końcu ten czas w roku, kiedy temperatura pozwala cieszyć się ciepłymi napojami po kilkumiesięcznej przerwie. I nawet teraz, gdy to piszę, a Wy czytacie, być może również popijam moją gorącą herbatę. I Wam też polecam, tak jak mama zawsze do śniadania. Pijcie herbatę. 

Kolejną szczęśliwostką będzie przyjazd mojej wspaniałej koleżanki, którego w żadnym calu nie planowałam, ani nie planowała też ona. I tyle. I było super. Jeśli macie możliwość, odwiedzajcie koleżanki. To naprawdę wspaniały gest. 

Początek jesieni w ogóle owocował w różnego rodzaju spotkania. I jestem za to ogromnie wdzięczna. To niesamowite móc porozmawiać z kimś po kilku dobrych latach nierozmawiania i w dodatku świetnie się przy tym bawić, a co więcej dowiedzieć się o kimś tylu nowości i po prostu cieszyć się, że jest szczęśliwy, a właściwie szczęśliwa. I to w dodatku nie ona, a one. Zorganizowałyśmy sobie spotkanie klasowe. To super sprawa. Zwłaszcza gdy jest się jeszcze młodym i można podyskutować o mieszkaniach, narzeczonych czy dzieciach, czyli wszystkim tym, co przyniesie, albo przyniosło, dorosłe życie.

I co jeszcze uprzyjemnia mi ten jesienny czas to mój nowy nabytek, jakim jest poduszka wypełniona łuską gryki. Boże drogi, czy ktoś z Was ma taką poduszkę? To kręgosłupów raj. A ja się na kręgosłupach znam. To jest, nie na kręgosłupach a na wszelkiego rodzaju bólach, w każdym razie ta poduszka jest wspaniała i podtrzymuje głowę tak, że nie spada się w środku nocy twarzą na materac i nie śpi później do rana na płasko, a na płasko jest zdaje się nie zdrowo jak ktoś ma problemy z zatokami, a ja czasem mam. I w dodatku można do takiej poduszki dokupić sobie suszoną lawendę na przykład i od razu noc się staje spokojniejsza, także jeśli nie wiecie co to jest ta gryka, to koniecznie sprawdźcie. 

A skoro jesteśmy przy roślinach, to to przedostatni punkt mojej wyliczanki. Pokochałam rośliny. Kupuję zieleninę jak głupia. Jeszcze trochę i nie wejdę do własnego pokoju, bo wyhodowałam tam las tropikalny. Mam nadzieję, że wkrótce nie wprowadzą się do mnie małpy, bo jak wszyscy doskonale wiemy nie znoszę bałaganu, a z małpami bywa różnie. Ale kwiaty to coś co bardzo lubię, a zwłaszcza tej jesieni. 

I już ostatnia szczęśliwostka - świadome życie. Nie jestem ekspertem, bo dopiero w to wchodzę, ale to jeden z ważniejszych punktów mojej całej przygody na tej planecie. I chyba największa przyjemność tej jesieni. Pewnie na dniach zostanę eko świrem, ale to wspaniałe uczucie po prostu żyć świadomie. 

A co najlepsze, to też zasługa mojej wspaniałej koleżanki. 
Muszę im wszystkim podziękować. 
Dziękuję.  


poniedziałek, sierpnia 06, 2018

SEN O LWOWIE

SEN O LWOWIE

A więc znalazł się ten pociąg beztroski, który zawiózł mnie na dworzec lwowski. Właściwie nie pociąg, a UBER, a jak do tego doszło - o tym za chwilę. Wiecie jak to jest z marzeniami? Zupełnie tak, jak ze śpiewaniem. Każdy może, ale nie każdemu wychodzi, a przyczyn tego to już można w sianie szukać i przeciwnie do przysłowia, znajdują się ich tysiące. Toteż i nam zamarzył się Daleki Wschód. W planach była Japonia, a w portfelu co najwyżej na sushi. No, może przesadzam, ale taka wyprawa to jednak całkiem poważna rzecz, a już na pewno kosztowna. Ale poza Krajem Kwitnącej Wiśni, bardzo chciałam odwiedzić Rosję i wierzę, że jeszcze kiedyś się to uda. Teraz chyba zabrakło odrobiny odwagi, a w związku z tym, że mam sporo znajomych z Ukrainy padło na Lwów. 

Być może nie będzie to najlepszy przewodnik po tym mieście, a może w ogóle nim nie będzie, ale gdyby ktoś chciał dowiedzieć się czegokolwiek, to być może wpis ten do czegoś się przyda.



Nasza podróż rozpoczęła się we Wrocławiu. Ale najpierw trzeba było do niego dojechać. A więc do Wrocławia pociągiem, a stamtąd samolotem prosto na Wschód. Po pierwsze - dlaczego nie pociągiem? Podróż z granicy niemieckiej do ukraińskiej wyniosłaby nas blisko 12 godzin, a kolejnych zapewne tyle trwałoby piesze przekraczanie granicy włącznie z jeszcze jedną przejażdżką pociągiem już do samego miasta Lwów. Po drugie - dlaczego z Wrocławia? W planach były także Poznań, Warszawa czy Berlin, ale to właśnie stamtąd lot trwający około 55 minut kosztował najmniej i nie wymagał jakiejkolwiek przesiadki. W dodatku linie lotnicze WizzAir, którymi podróżowaliśmy, w dniu zakupu biletów oferowały zniżkę na wszystkie loty z kraju i do kraju, więc śmiało można powiedzieć, że się nam udało.

Ulica Kopernika przed Pałacem Potockich
Czy pisać o noclegu? Nie wiem. W ofertach Booking'u czy innych takich można znaleźć mnóstwo świetnych miejsc za naprawdę przystępną cenę. Z resztą w pokoju spędzaliśmy bardzo mało czasu. Było jasno, czysto i dokładnie tak, jak na zdjęciach jednej z internetowych przeglądarek, a jedyne czego mi brakowało to klimatyzacja. Ale to już zupełnie inna para kaloszy (i słowo to użyte jest tu nieprzypadkowo). Nasz hotel zlokalizowany był niecałe 10 minut od lotniska i około pół godziny od centrum, ale uważam to za ogromny plus. Jadąc tam, chciałam zobaczyć, jak Ukraina wygląda naprawdę, a w centrum nie byłoby to możliwe. W dodatku co do noclegu, wydaje mi się, a może i nawet jestem pewna, że o takich warunkach wielu tam może pomarzyć. Na obrzeżach miasta wiele budynków wyglądało tak, jak pamiętam je z książek do historii, które traktowały o czasach Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej. Z tą małą różnicą, że te na zdjęciach były, ujmijmy to, prima sort. Ciemne szyby, smutne bloki, a nawet całe blokowiska, to coś, czego na starówce uświadczyć nie można. Tam jest życie, wrzawa i serce tego miasta zamknięte w ogromnych niby angielskich budowlach, wyglądających jak włoskich uliczkach i uśmiechach turystów stojących przed gmachem Opery. Jedyne co zaburza względny porządek to przechadzający się mężczyźni w wojskowych mundurach. W centrum nie widać ludzi napełniających butelki wodą z czegoś, co mnie wyglądało jak automat do kawy. Nie ma młodych, czy nawet bardzo młodych chłopaków pijących wódkę wieczorami na chodnikach. Nie ma nawet ryżu, cukru czy mąki sprzedawanych luzem. A wszystko to i pewnie wiele więcej jest właśnie na obrzeżach miasta.


Gdyby ktoś zastanawiał się jakie zabrać ubrania, to właściwie nie mam innej rady, jak zabrać wszystko. Jeszcze parę lat temu mój dobry kolega, który nomen omen wykonał zdjęcie z nagłówka tego bloga, opowiadał mi o bardzo wysokich temperaturach latem i bardzo niskich zimą oraz o tym, że to zupełnie co innego niż w Polsce. Ale wtedy myślałam, że pogoda nie może różnić się znacząco od tej u nas i jeśli będzie sprawdzona w internecie, to taka też będzie w rzeczywistości. Otóż nie. Zapowiadane na cały tydzień deszcze zapakowały do mojej walizki spodnie i bluzki z długim rękawem, bluzy i pelerynkę przeciwdeszczową. Nie powiem, że nie padało. Ba! Nawet lało. Mniej więcej przez dwie godziny, po czym do końca wyjazdu temperatura z łatwością przekraczała trzydzieści kresek. Ale jako, że przezorny zawsze ubezpieczony, na wyprzedaży dorwałam wspomniane już wcześniej kalosze i może dobrze się stało, bo było w czym przewieźć wódkę, którą zakupiliśmy z myślą o pamiątkach. Więc jeśli wybieracie się na Ukrainę, zabierzcie coś na każdą pogodę, bo Matka Natura z pewnością nie raz zagra wam na nosie.

Najcierpliwszy człowiek świata - polecam zwłaszcza, gdy na Ukrainie dopada was okropne choróbsko

A jedzenie? Przez tych kilka dni, które tam spędziliśmy, jedliśmy wyłącznie na mieście. I co warto po raz kolejny przekazać światu - Lwów słynie z restauracji czy kawiarni tematycznych, co uważam jest czymś niesamowitym. Gdybyście więc mieli ochotę zobaczyć Kryjówkę banderowców UPA, poznać historię Gazowej Lampy lub zjeść posiłek w otoczeniu kilkudziesięciu kotów, będziecie w raju. A jeśli dodatkowo nie widzicie przeszkód aby odnaleźć do nich wejście lub wypić na wejściu kieliszek samogonu, wpadajcie do Lwowa. Osobiście polecam sprawdzić miejsce o nazwie Lwowskie Croissanty i sieciową pizzerię Celentano, w której jadłam jedną z lepszych pizz, które kiedykolwiek dane mi było spróbować. Co warto zamówić? Na pewno barszcz i pierogi pod różnymi postaciami, bo tamtejszych żal nie zjeść do końca. A na osłodę polecam bardzo nieukraińskie makaroniki i lemoniadę żurawinową - widziałam ją niemal w każdym możliwym miejscu i przyznam szczerze, że była przepyszna.



Jeśli chodzi o sprawy organizacyjno-techniczne, liźnijcie języka przed podróżą, bo polski może niekiedy nie wystarczyć. Zwłaszcza pierwszego dnia. Tam mało kto mówi po angielsku. Fajnie też zaopatrzyć się w przewodnik po mieście, bo często można znaleźć tam przydatne zwroty czy ciekawe informacje, których w internecie nie znaleźliśmy. Wymieniając pieniądze, do Lwowa lepiej zabrać też euro niż złotówki, a wracając walutę wymienić jeszcze na Ukrainie, bo tutaj można sporo stracić. Warto też wspomnieć, że wszelkie zniżki studenckie obowiązują tylko studentów Ukrainy i przy odrobinie szczęścia, tak jak nam, może Wam się udać z nich skorzystać, ale nie jest to normą. I przedostatnia ciekawostka - muzea, galerie sztuki i inne tego typu atrakcje turystyczne nie wyglądają tak jak w Polsce. Bądźcie gotowi na to, że za plecami będziecie czuć oddech ochroniarzy, co jak się domyślacie jest dość krępujące.

Cmentarz Łyczakowski (na zdjęciu: nagrobki polskich żołnierzy, którzy zginęli pod koniec lat 20. XX wieku)

Jeden z eksponatów Muzeum Narodowego we Lwowie

I najważniejsza informacja dnia - kupcie ukraiński starter. To była najlepsza decyzja, jaką kiedykolwiek podjęłam i mimo, że polski dostawca i tak pobrał mi z konta horrendalne sumy, wierzę, że mogło być gorzej. A na wakacjach nie może być źle!

Budynek Opery

wtorek, kwietnia 03, 2018

Dlaczego nieudane związki są do dupy i czemu nie oddałabym chłopaka za żadne skarby świata?

Dlaczego nieudane związki są do dupy i czemu nie oddałabym chłopaka za żadne skarby świata?

Od kilku dobrych miesięcy chodzi za mną wpis o miłości. I piszę to zupełnie szczerze, ja po prostu jestem szczęśliwa, a szczęściem podobno wypada się dzielić. Wielokrotnie z resztą słyszałam, że pasujemy jak ulał, jak to zwykło się mówić, co śmieszy mnie niezmiernie, bo pamiętam nasze pierwsze, dość nieporadne spotkanie. Pamiętam też dobrze jak bardzo się na nie cieszyłam i jak bardzo później bałam o to, co będzie dalej. I teraz, kiedy to "dalej" już trwa, czuję, że wygrałam życie. 

Niejednokrotnie z resztą powtarzałam, że to już moja ostatnia miłość, a często też mam wrażenie, że prawdziwie pierwsza. Ale takie rzeczy po prostu się wie. I tak samo wiem, że otaczające mnie każdego dnia inne związki i relacje to w mniejszym czy większym stopniu nieporozumienie, albo delikatniej rzecz ujmując - nieodpowiednie dobranie charakterów. Nie wyobrażam sobie rozstań i powrotów niemal każdego miesiąca uprawianych jakby dla sportu. Nie mogłabym znieść tego, że ktoś na kim mi zależy nieustannie ma mnie gdzieś, że robi rzeczy, na które nie ma miejsca w moim sumieniu, że wyznaje inny system wartości. A jednak takie związki też się zdarzają. I tylko nie wiem czy współczuć dziewczynom w nich trwającym tego, że tak jest czy raczej tego, że są ślepe i głupie. Ślepe, bo oczywiście tego nie widzą, a głupie, bo nie chcą zmienić.  


Ale jednak można żyć inaczej i podpisuję się pod tym obiema rękoma, a gdyby ktoś nie wierzył także i nogami. Jeżeli Twój związek to porażka, to po prostu go zakończ, póki jeszcze masz okazję uciec i ułożyć sobie życie całkiem na nowo. Istnieje bowiem spora szansa, że w przeciwnym razie, w tej patowej sytuacji będziesz się męczyć już do końca. 

I nie zrozumcie mnie źle. Ja wcale nie uważam, że mała kłótnia od czasu do czasu przekreśla szanse na diament na palcu serdecznym, białą suknię i gromadkę dzieci (tak, jestem tradycjonalistką w tej kwestii). Po prostu wydaje mi się, a może jestem nawet prawie pewna, że spieranie się non stop o to samo, czego w gruncie rzeczy nie będziemy w stanie zakończyć, bo…

Bo człowieka nie da się zmienić. Z resztą, jeżeli wychodzisz z założenia, że chcesz kogoś zmienić, to może warto zastanowić się nad tym, czy faktycznie chcesz z tym kimś być. Powiedzmy sobie szczerze - ten ktoś się nie zmieni, a już na pewno nie będzie tego chciał. Jasne, że z wiekiem nasz charakter się kształtuje. Ale nie dlatego, że ktoś nam powie, byśmy nie robili tego czy owego. To nas najzwyczajniej w świecie wkurza. Zmieniamy się, bo naśladujemy innych, bo pewne rzeczy zaczynają nam się podobać, imponują nam, albo wręcz przeciwnie – jeśli coś nam się nie podoba, staramy się od tego uciec. Tak samo jest w związku. Ale oczywiście zmienić się można na lepsze i gorsze, i o tym można już pisać osobne historie.


To skąd tak naprawdę wiadomo, że jest się z właściwą osobą? Albo inaczej, skąd ja to wiem?

Najłatwiej jest to chyba po prostu zaobserwować. I ja to widzę każdego dnia na nowo. Po tym jaki stosunek ta druga osoba ma do Twojej rodziny, jak zachowuje się w stosunku do swojej, co jej lub jemu przeszkadza, a co nie? Albo jeśli nie macie możliwości być razem każdego dnia – czy wraca i czy czeka? Pamiętacie Małego Księcia? „Jeśli coś kochasz, puść to wolno. Kiedy do Ciebie wróci, jest Twoje. Jeśli nie, nigdy Twoje nie było.” Czasami więc warto się rozstać, by wracając wiedzieć, że jest do kogo wracać.

W przeciągu tych prawie dwóch lat rozmawialiśmy już chyba na każdy możliwy temat, od tych całkiem codziennych po takie, o których nie rozmawia się póki nie ma takiej potrzeby. I w pamięci zapadła mi jedna rzecz, od której być może powinnam była zacząć. Bo najpierw warto by zastanowić się czy się tego kogoś w ogóle kocha. Wyobraź sobie, że Twoja miłość życia ulega wypadkowi i traci obie nogi, wzrok albo cokolwiek, co sprawiłoby, że stałaby się od ciebie niemal w 100% uzależniona -  jeżeli naprawdę kochasz – niczego to między wami nie zmieni.

I jeszcze jedno – czy chcesz, żeby on lub ona była matką lub ojcem Twoich dzieci? To takie łatwe, takie błahe. Ale czasami będąc z kimś, nawet myśląc o dalszej przyszłości nie bierzemy pod uwagę tak przyziemnych spraw. Bo jeśli chcesz, to super, ale jeśli nie, to może będzie to powód, który postawi sprawę jasno.

Gdyby jednak znalazł się ktoś na tyle ciekawy, tak – ja chcę.

Copyright © kiniemm , Blogger